Archiwa autora: admin

Polska Stacja Antarktyczna

Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego

Antarktyda – kontynent pobudzający wyobraźnię. Kojarzy się z olbrzymim wysiłkiem człowieka w bezkresnej lodowej pustyni, wśród wichrów i mrozów, na granicy ludzkich możliwości. Wywołuje w pamięci: tragedię Scotta, który zginął wraz z towarzyszami w drodze powrotnej, po zdobyciu bieguna południowego, wspaniałe zwycięstwo Amundsena i piękną postać Shackletona – mistrza od rozwiązywania nieprawdopodobnie złożonych sytuacji.

Minął już czas romantycznych podróży, rozpoczęła się era poznawania i badania zasobów tego trudno dostępnego kontynentu. Coraz częściej myśli się o wykorzystywaniu naturalnych bogactw w morzach i na kontynencie. Zupełnie nową dziedziną jest szybko rozwijająca się turystyka. Jednocześnie pojawiła się troska o zachowanie przyrody Antarktydy. Są to jednak interesy sprzeczne z sobą i uratowanie tego lodowego pejzażu zależy od międzynarodowych gremiów.

Polacy od dawna włączali się do międzynarodowych przedsięwzięć naukowych i tych związanych z ochroną środowiska. Badaniami nad Antarktydą od ponad trzydziestu lat zajmuje się nasza stacja badawcza, położona na wyspie Króla Jerzego w Archipelagu Szetlandów Południowych. Stacja ta powstała i rozpoczęła pracę w 1977 r., a jej nazwa pochodzi od Henryka Arctowskiego, propagatora idei prowadzenia przez Polskę badań polarnych.

Brałem udział w budowie stacji oraz w jej projektowaniu. Doskonale pamiętam, jak na schodach Instytutu Biologii Doświadczalnej spotkałem profesora Stanisława Rakusę Suszczewskiego (wtedy jeszcze docenta). Zaproponował mi on udział w sześcioosobowej grupie przygotowującej wyprawę i to był początek moich kontaktów ze stacją. Nastały dni intensywnych przygotowań. Mieliśmy pół roku. Nasze zamierzenia były zaskakujące. Miało w niej przez cały rok pracować dwudziestu naukowców, w warunkach umożliwiających normalną pracę kilku różnym laboratoriom.

Wszystko przy silnych i zmiennych wiatrach. W ciągu dwóch miesięcy musieliśmy wybudować całą stację, budynek mieszkalny z kuchnią i stołówką, laboratoria, elektrownię, hangar na ciężki sprzęt… W warunkach krajowych obiektu takiego nie wybudowano by w rok. Musieliśmy również rozwiązać sprawę sanitariatów, doprowadzenia wody, zbudować sieć energetyczną. Wieźliśmy 2500 beczek paliwa, które miało starczyć na cały rok pracy stacji. Domy i laboratoria ogrzewane były od początku energią elektryczną, ale dzięki agregatom prądotwórczym mieliśmy również sprawną łączność radiową, a nasze pomiarowe urządzenia rejestrujące mogły pracować w bez przerwy.

Były to czasy bardzo trudne, brakowało większości towarów i nawet pismo polecające od premiera niewiele znaczyło, a sprzęt musieliśmy mieć najwyższej klasy sprawdzony w ekstremalnych warunkach. Zdobycie dobrych i solidnie zapakowanych produktów żywnościowych było wielkim problemem. Pełni entuzjazmu załatwialiśmy na szczęście wszystko i jesienią mogliśmy wyruszyć.

Popłynęliśmy dwoma statkami: towarowym Zabrze, na którym wieźliśmy większość ładunków, i statkiem przetwórnią, Dalmor, który wiózł ludzi i spełniał rolę hotelu w czasie budowy stacji.

Wiele prac przy wyładunku i budowie stacji wykonywali specjaliści wojskowi, zatrudnieni przez Polską Akademię Nauk. Uczyłem się od nich obsługi ciężkiego sprzętu. Początkowo tempo wyładunku prześcigało nasze marzenia; uważaliśmy, że planując wyprawę, przeceniliśmy trudności operacji „lądowanie”. Zaczęło wiać, co uniemożliwiło dalszy wyładunek. Sprzęt musieliśmy zabezpieczyć. To, co było na wodzie, uległo zniszczeniu. Ta pierwsza sztormowa noc była trudna.

Razem z kilkoma kolegami zostałem na brzegu. Po zabezpieczeniu sprzętu ruszyliśmy w teren, by poznać otoczenie stacji. Uniemożliwiający pracę wiatr wiał kilka dni. Chodziliśmy po sąsiadujących ze stacją lodowcach, wspinaliśmy się na nunataki, spotkaliśmy ślady po wyprawach z początku XX w. Spędzaliśmy godziny w koloniach pingwinów, uchatek i haremach słoni morskich.

W wolnych chwilach łapaliśmy ryby, chodziliśmy na wycieczki i pływaliśmy na motorowych łodziach po fiordzie. Przyrodą interesowali się nie tylko pracownicy naukowi, ale także pracownicy budowlani stacji.

W czasie rejsu prowadziłem analizę wody morskiej i temperatury warstw powierzchniowych od Zatoki Biskajskiej do stacji. Badania te były szczególnie interesujące przy przekraczaniu tak zwanej strefy antarktycznej konwergencji. Otrzymywałem dane już znane, ale skok natlenienia i temperatury wody, na tej fizycznej granicy, był dla mnie zaskakujący i uzasadniał różnice biologiczne po obu jej stronach. Wpadłem na pomysł wykorzystania moich przyrządów do pomiaru zużycia tlenu przez ryby. Biologom ten pomysł wydawał się za prosty, ale moje wyniki okazały się zbliżone do tych uzyskiwanych w laboratoriach.

Ryby łowiłem rano z łodzi, na wędkę i koledzy kibicujący mi w eksperymencie zastanawiali się, co ja później z tymi doświadczalnymi rybami zrobię: czy wypuszczę do zatoki, czy usmażę?

Wyruszyliśmy w końcu grudnia. W styczniu zobaczyliśmy fiord Admiralicji i tren naszego działania, a już 26 lutego 1977 r. otwieraliśmy oficjalnie stację. Węzłowe jej obiekty zaczęły pracować. Pracowała też stacja meteorologiczna, przesyłano dane do światowych central i na łowiące w sąsiedztwie polskie statki rybackie. Zorganizowaliśmy uroczystość.: oficjalne wciągnięcie flagi na maszt, zbiorowe zdjęcie w eleganckich strojach. Profesor Stanisław Rakusa Suszczewski – wygłosił przemówienie. Występowali również koledzy odpowiedzialni za poszczególne zespoły budowy. Do dziś w Zakładzie Biologii Antarktyki PAN w Warszawie, spotykamy się w każdą rocznicę tego wydarzenia. Na naszej stacji przez trzydzieści lat pracowało kilkaset osób. Kilkadziesiąt z nich związanych jest z tym miejscem do dziś.

Popłynęliśmy odwiedzić sąsiednie stacje. Ostatnią była Radziecka Belinghausen, położona na południowym krańcu wyspy. Spotkałem tam kolegów z poprzedniej wyprawy na Antarktydę, doszukaliśmy się też wspólnych znajomych ze Spitsbergenu. Planowaliśmy przejście piechotą do naszej stacji. Poznanie drogi do sąsiadów wydawało się konieczne ze względu na bezpieczeństwo. Dobrze wiedzieć, że taka możliwość istnieje. Kolegom z Belinghausena nasze przedsięwzięcie wydawało się za trudne. Mój przyjaciel powiedział: „Riczard, ty oChujeł!”. Dowieźli nas jednak wiezdiechodem na lodowiec. Szliśmy we trzech. Szef zimowania, dr Józef Jersak (przede wszystkim on miał tę drogę poznać), znany alpinista – Ryszard Szafirski i ja. Prawie od razu na lodowcu związaliśmy się asekuracyjną liną. Stale przecinaliśmy obszary szczelin, a szliśmy otoczeni białą mgłą. Było jasno, a niczego wokół nas nie widzieliśmy, prócz siebie nawzajem. Biała mgła jak z wielu książek, a jednak nie do opisania. Zjawisko wydaje się niezrozumiałe i sprawia wiele kłopotów. Zwykle na lodowcu, dzięki doświadczeniu, zawsze mnie coś ostrzegało przed szczelinami, a tu po prostu wpadałem po pas. Podpierałem się na łokciach i gdy już czułem asekurację, zaczynałem ostrożnie się wydrapywać. Przy pierwszym spojrzeniu w dół ogarnął mnie strach.- szczelina rozszerzała się w głąb, a z nierówności ścian sterczały w moim kierunku olbrzymie lodowe sople. Rysiek proponował mi zmianę na prowadzeniu, postanowiłem jednak się przełamać. Ostatni z nas miał busolę i kierował nami za pomocą głosu. Taki system zdał egzamin, bo gdy wieczorem opadła mgła, zobaczyliśmy nunatak Florence, który tego dnia był naszym celem. Wieczór zrobił się bardzo pogodny. Dostrzegliśmy głęboko wcinającą się w ląd zatokę morską Potter i baraki chilijskiej stacji, o której wiedzieliśmy, że nie jest tego lata wykorzystywana. Pomyśleliśmy, że wygodniej będzie nam spać w baraczkach niż rozstawić namiot. Część wyposażenia zostawiliśmy i poszliśmy tylko ze śpiworami i jedzeniem.

Gdy zbliżyliśmy się na odległość około 100 m do stacji ze zdziwieniem zobaczyliśmy biegnącego człowieka. Koledzy chcieli do niego zawołać, ale ja, będąc już raz w takiej sytuacji wiedziałem, że to nagłe pojawienie się innych ludzi w takim miejscu, może wywołać w nim szok. Powoli do biegnącego docierała świadomość naszej obecności. Wreszcie spojrzał w naszą stronę i nieśmiało odpowiedział „Hello”. Okazało się, że na stacji przebywa dwunastu żołnierzy remontujących ją. Radość była wielka z obu stron. Piliśmy świetne chilijskie wino, przegryzając naszą czekoladą. Późno poszliśmy spać, a nazajutrz czekała nas długa droga.

Następnego dnia wspaniale słonce grzało nadal, iskrzyło w kryształkach lodu, ukazując najmniejsze załamania na powierzchni lodowca. Weszliśmy jeszcze na nunatak Tauer, przeszliśmy koło Sfinksa.

Wróciliśmy w dobrej formie. Koledzy pytali o wrażenia i trudności. Pochwaliliśmy się, że byliśmy na chilijskiej stacji i tu opowiedziałem o tym, że działa tam kobieca wyprawa i bardzo dobrze przez panie zostaliśmy przyjęci, a mnie zainteresowała śliczna czarna dziewczyna o imieniu Mercedes. Jeszcze po miesiącu koledzy pytali: „Rysiek, naprawdę tam były baby”?

Zrobiliśmy wszystko, co było konieczne do pracy stacji. Nastąpiło pożegnanie. Odpłynęliśmy pozostawiając dwudziestu zimowników.

Spełniło się marzenie Henryka Arctowskiego, stacja i jej pracownicy współpracują z wieloma ośrodkami badawczymi, uczestniczą, a nawet prowadzą, międzynarodowe programy badawcze. Lista publikacji i nazwisk jest ogromna. Bibliografię tworzą wyspecjalizowane pisma Zakładu Biologii Antarktydy i Instytutu Geofizyki PAN, które specjalizują się w badaniach biologicznych. Stacje: meteorologiczna, sejsmiczna i magnetyczna wchodzą w światową sieć tych służb. Istotną rolę odgrywają badania geologiczne, prowadzone są a głębokie sondowania sejsmiczne prowadzone w cieśninie Bransfielda. Trudno wyliczyć tematy prac biologicznych i ekologicznych. Zakład Biologii Antarktydy jest wiodącą instytucją dużego międzynarodowego programu badającego problemy kontaktu brzegu morskiego, lądu i morza na Antarktydzie.

Działalność stacji na Wyspie Króla Jerzego otworzyła nam drogę do współdecydowania o przyszłości Antarktydy. Polska jest sygnatariuszem Układu Antarktycznego. Dzięki naszej obecności na Antarktydzie i prowadzonym pracom spełniliśmy wszystkie warunki wymagane przez Układ i staliśmy się pełnoprawnym członkiem SCAR, organizacji decydującej o statusie Antarktydy. Jednym z głównych celów jest ochrona przyrody. Państwa należące do SCAR mają prawne podstawy do decydowania o jej losach.

Bardzo ważne są również aspekty pozanaukowe. W wyprawach polarnych jest wiele elementów wychowawczych. Załoga stacji pracuje pod polską flagą, co jest powodem do dumy, ale również zobowiązuje. Trudne warunki uczą sprawności organizacyjnej i fizycznej.

Antarktyda to jedno z ostatnich nieskażonych cywilizacją miejsc. Dla ludzi młodych, a często i starszych, jest to świetna szkoła życia. Ta szkoła nie ma nic wspólnego z modnymi teraz szkołami przeżycia, jeżeli występuje tu jakieś podobieństwo, to tylko w nazwie.

Trzydziesta pierwsza rocznica pracy Stacji Arctowski jest okazją do uświadomienia sobie roli naszych badań i naszych sukcesów. Nie wymieniłem tu nazwisk, ani tytułów prac naukowych, ale chciałbym, by czytelnicy sięgnęli do odpowiednich źródeł, zgodnych ze swoimi zainteresowaniami, a myślę, że każdy znajdzie coś wyjątkowego dla siebie.

(tekst: Ryszard Czajkowski, źródło: Globtroter)

Antarktyda za darmo

ANTARKTYDA ZA DARMO

PAMIĘTNIK UCZESTNIKA XVI. Wyprawy Antarktycznej Polskiej Akademii Nauk

3 grudnia

Wypływamy z Ushuaia statkiem hiszpańskiej marynarki wojennej Hesperides. Wielka pompa, oficjalne pożegnanie, orkiestra gra między innymi Most na rzece Kwai, to wszystko jednak nie dla nas, tylko hiszpańskich VIP’ów, którzy płyną z nami. Trochę słońca, sporo drobnego deszczu, silny wiatr, a ciemne i niskie chmury ograniczają widoczność. Płyniemy Kanałem Beagle’a, który przy dobrej pogodzie jest podobno przepiękny, lecz dzisiaj z trudem dostrzegam dziób statku.
Choroba morska dopada mnie nagle i niespodziewanie, zwracam wszystko, czuję się okropnie.

5 grudnia

Przygotowujemy się do opuszczenia statku. Z daleka widać już zabudowania Stacji, na pierwszym planie stoi olbrzymi, zardzewiały silos – zbiornik paliwa z niewyraźnym napisem Arctowski. Zbliża się do nas PTS – czyli duża, transportowa amfibia na gąsienicach. Schodzimy ze statku i z trudem odbijamy od burty, PTS wypluwa kłęby czarnego, gryzącego dymu, odzwyczaiłem się już od smrodu spalin…
Po kwadransie dobijamy do brzegu, PTS warcząc i trzeszcząc wynurza się z wody. Pierwszy wita nas Marek – kucharz Wyprawy, który przypłynął tu statkiem z Gdyni przed trzema tygodniami, eskortując naszą żywność i ekwipunek. Powitanie z uczestnikami poprzedniej – piętnastej – wyprawy jest nieco sztywne i oficjalne, cóż – zapewne zdążymy jeszcze poznać się i oswoić ze sobą.
Główny budynek bazy to potężny barak w kształcie litery „T”, najbliższe otoczenie jest niemiłosiernie zabałaganione. Mnóstwo rupieci, gratów, jakieś kontenery, baraki, magazyny, hale, pakamery, pełno różnego sprzętu i złomu. Wszystko tonie w brudnym śniegu, wodzie i błocie rozjeżdżonym gąsienicami PTS’a. Nie, to miejsce nie wygląda uroczo, czuję się jak na budowie, nie tak wyobrażałem sobie Antarktykę…
Na szczęście drugi plan jest fascynujący: ocean, góry lodowe, wysokie szczyty nad samą Stacją, zbocza częściowo pokryte śniegiem, częściowo piargiem, lodowce, nunataki i kamienista plaża, po której kręcą się pingwiny.
Wchodzę do budynku głównego Stacji. Miłe zaskoczenie, w środku jest bardzo przytulny, nastrojem przypomina schronisko górskie. Z korytarza prowadzą drzwi do dwudziestu małych, jednoosobowych, zacisznych pokoi, podobnie jak cały budynek wyłożonych drewnem. Na wprost wejścia znajduje się przestronna jadalnia z drewnianymi stołami, ławami, krzesłami i kredensem. Jest tam też barek, miękkie fotele, video, adapter. Na ścianach wiszą duże, grupowe zdjęcia z poprzednich wypraw i mnóstwo innych fotografii oraz drobiazgów. Jest czysto, ciepło i miło, okna z jednej strony są jeszcze zupełnie zasypane śniegiem. Dalej kuchnia – także cała w drewnie i ogromna spiżarnia, a na końcu korytarza biblioteka z tysiącem książek, fotelami, masywnym stołem, bilardem, organami i nieprawdopodobną ilością różnych pamiątek. Na korytarzu wiszą mapy plastyczne Tatr i Karkonoszy oraz gabloty z porostami i mchami. Bardzo przyjemnie i bardzo domowo.
Mój pierwszy dzień na Stacji mija powoli na rozmowach, posiłkach i krótkich rekonesansach. W momencie przydzielania pokoi – „jedynek” – zawieruszyłem się gdzieś, więc zamieszkuję tymczasowo ze Zbyszkiem (naszym łącznościowcem) w tzw. domku letnim. To spory, brzydki barak z okiennicami zamkniętymi na stałe, więc w środku nie ma światła dziennego. Są natomiast dwie metalowe, piętrowe prycze, dwa regały, rozlatująca się szafa, stolik, krzesła, piecyk i goła żarówka pod sufitem. Ot, hotel robotniczy… Trudno, trzeba się z tym pogodzić, Stacja nie jest z gumy, ktoś musiał tutaj zamieszkać, „jedynkę” dostanę gdy odpłynie poprzednia wyprawa.

6 grudnia

Wieje silny, zimny wiatr niosący ze sobą mnóstwo „igiełek” śniegu. Grzejnik w naszym baraczku na próżno pracuje na najwyższych obrotach, bo przez dziurę w podłodze i przez szparę pod drzwiami dują mroźne podmuchy, a przy wejściu leży centymetrowa warstwa śniegu. Śpię w śpiworze i pod dwoma kocami, nie narzekam, ale Zbyszek marznie okropnie.
Sprawiam sobie mikołajową „spodziewankę”: w magazynie zaopatruję się w gumofilce, ocieplane spodnie robocze, kufajkę, rękawice i „uszatkę”. Szczególnie gumiaki o tej porze roku będą tu niezbędne. A Agata – kierowniczka naszej wyprawy – rozdaje uczestnikom odznaki.
Rozładowujemy kontenery, które przypłynęły na statku z Markiem. Rosjanie ukradli 20.000 sztuk „Marlboro” i 8 butelek wódki – niewiele, biorąc pod uwagę, że nasz dobytek eskortował tylko jeden człowiek.
W obu wyprawach dominują palacze, w Piętnastej nie pali dwóch na dwunastu uczestników, w mojej – pięciu na piętnastu. Rządzi tu prawo większości, ono i tylko ono, więc w jadalni kłęby dymu zaczynają unosić się zanim skończę jeść. Wypalam tu biernie więcej niż w Polsce, dobrze, że przynajmniej na zewnątrz powietrze jest czystsze niż gdziekolwiek na świecie…
Wieczorem odbywa się symboliczne przekazanie Stacji: wręczenie klucza (którego oczywiście nikt nie używa) i uroczysta kolacja.

7 grudnia

W okolicy znajduję kilka kolonii pingwinów, smród i hałas jest tam niesamowity! Większość wysiaduje, ale w niektórych gniazdach są już młode. Na jajkach siedzą też skuy [Catharacta skua – wydrzyk wielki (przyp. red.)]. Z daleka słychać nawoływania słoni morskich. Niektóre skały są biało – czarno – zielono – żółto – pomarańczowo – czerwone od porostów. Wspinam się na morenę, odwiedzam grób Włodzimierza Puchalskiego, który w 1979 r. zmarł tutaj na zawał serca.

8 grudnia

Przylatuje helikopter z chilijskiej bazy „Teniente Marsh” zabiera naszą korespondencję i zostawia pierwsze listy dla „Szesnastki”. Niestety, nie ma jeszcze nic do mnie.

11 grudnia

Mamy gości – czterdziestu turystów ze statku rejsowego Frontier Spirit’a, w większości emeryci, doskonale ubrani, zadbani, wypoczęci, pogodni. Są bardzo sympatyczni, lecz chwilami czuję się jak w ZOO – po drugiej stronie krat… Oglądają nas jak turystyczną atrakcję, robią zdjęcia, wciskają papierosy i słodycze. Są niezwykle przejęci, bo „Arctowski” jest pierwszą stacją na trasie ich rejsu. Podekscytowanych spotkaniem „prawdziwego” polarnika staram się nie rozczarować, więc nie przyznaję się, iż przypłynąłem tu przed niecałym tygodniem… A wśród gości trzech Polaków – to muzycy z okrętowej kapeli.

12 grudnia

Zostaję wyznaczony do prowadzenia kantyny, mam sprzedawać mieszkańcom Arctowskiego alkohol, papierosy, słodycze, mydło, pastę do zębów, proszek do prania. Nie przyjmuję żadnej gotówki, poprzestaję na zapisywaniu zakupów i sporządzaniu rozliczeń, a wydatki moich klientów będą potrącane z ich wynagrodzeń.

13 grudnia

Ekipa naukowa z Piętnastej Wyprawy chce zostać na całe lato, wykonali wprawdzie już swój program, ale skoro mają szansę poszerzyć go, to chcą tę możliwość wykorzystać – i trudno im się dziwić. Utrudnia to jednak przystąpienie do pracy Szesnastej Wyprawie – jest kłopot z rozładowaniem ekwipunku, laboratoria są zajęte, sprzęt niedostępny, a tematy prac zdublowane. Z kolei ekipa techniczna z „Piętnastki” chce jak najszybciej wracać do domu, podczas gdy to właśnie oni byliby teraz bardziej potrzebni na Stacji, niż „naukowi”. Za około miesiąc bowiem spodziewamy się rosyjskiego zbiornikowca, z którego mamy przejąć zapas paliwa. To trzecia taka operacja w historii Arctowskiego, akcja, od której zależy byt Stacji. Im więcej ludzi będziemy mieć do dyspozycji, tym lepiej, a najbardziej potrzebny byłby nam drugi operator PTS’a – ten z „Piętnastki”. On jednak ma już dość zimowania. Przemek i Agata – kierownicy wypraw próbują dojść do porozumienia.

16 grudnia

Wiatr wiejący od strony kolonii pingwinów przynosi na Stację koszmarny smród, chociaż najbliższe „pingwinisko” jest o ponad kilometr stąd.

17 grudnia

Totalne załamanie pogody, zamieć śnieżna, trudno wyjść na zewnątrz.

18 grudnia

Mam pierwszy „dyżur gospodarczy” na Arctowskim – od rana do wieczora nakrywanie do stołu, zmywanie, sprzątanie wszystkich wspólnych pomieszczeń – mnóstwo roboty. O godz. 22.00 rozpoczynam nocną część dyżuru – przy agregatach prądotwórczych.

19 grudnia

Rano do Zatoki Admiralicji wpływa potężna góra lodowa. Wieczorem pojawia się następna – jeszcze większa.

20 grudnia

Idziemy na Demey Point, to oddalona o 10 km od Stacji „baza wysunięta” Arctowskiego, której funkcje pełni wysłużona przyczepa kempingowa. Kaziu i Przemek zamierzają tam nocować, my – czyli Jarek – lekarz, Marek – kucharz, Zbyszek – „radio” i ja wracamy dzisiaj z powrotem. Przed nami 20 km marszu po lodzie, śniegu, błocie, kamieniach, piargach, w górę i w dół, w górę i w dół… Zaczynamy od czterokilometrowego przejścia przez Lodowiec Ekologii. Rano, przy dużym odpływie można byłoby ominąć go przechodząc wąskim pasem lądu przy samym czole, lecz nasza czwórka wracać będzie wieczorem – podczas przypływu, gdy zmuszeni będziemy przejść górą, więc chcemy zawczasu wytyczyć sobie bezpieczne przejście. Lodowiec Ekologii jest bardzo popękany, a mosty śnieżne dokładnie zasłaniają szczeliny, co zmusza nas do zachowania dużej ostrożności. Idziemy wytyczoną przez „Piętnastkę” ścieżką oznaczoną palikami, ale na wszelki wypadek mamy lotną asekurację i sondujemy teren, bo szczeliny mogą przesuwać się lub otwierać tam, gdzie ich nie było. Po przejściu lodowca meldujemy się przez krótkofalówkę na Stacji.
Nieco później zatrzymujemy się na Copacabanie, czyli miniaturowej, amerykańskiej letniej stacji antarktycznej. Mieszka tu teraz dwóch Amerykanów – David i Doug. Znamy się już, bo odwiedzają Arctowskiego w każdy weekend, biorą prysznic, robią pranie, siadają z nami do stołu. Copacabana to niezwykłe miejsce między kolonią pingwinów Adeli z jednej strony, a „mszarnikami” z drugiej – oczywiście z widokiem na Zatokę Admiralicji, lodowce i skały. Cała stacja to jeden domek z trzema pomieszczeniami, wejście prowadzi do przedsionka, który pełni rolę spiżarni – mnóstwo tu skrzyń i koszy pełnych cebuli, ziemniaków, jabłek, pomarańczy, czosnku. Na prawo jest izba mieszkalna, na lewo kuchnia i to wszystko. Przyjemnie – trochę jak w traperskiej chacie, trochę jak w schronisku górskim. Z trudem ruszamy w dalszą drogę…
Zbieramy kolorowe kamienie, czy jednak warto stąd je nosić? Podobno najładniejsze można znaleźć pod oknem polarnika, który pakuje się przed powrotem do kraju. Mijamy stada słoni morskich, właśnie linieją, więc cuchną paskudnie.
Na niektórych stokach porosty tworzą twardą, zbitą „murawę”, z daleka przypominając rozległe, mlecznozielone łąki. Krzaczki Usnea fasciata chrzęszczą nam pod butami, omijamy co większe skupiska, ale często jest ich tak wiele, że nie sposób uniknąć deptania. Pojedyncze, niezwykle rozgałęzione plechy potrafią mieć nawet 20 cm średnicy i blisko 10 cm wysokości. Na wielu z nich znajduję duże, czarne owocniki. Inną gamę kolorów prezentują porosty naskalne – bywają nawet białe i czarne, ale najbardziej efektowne są te żółtozielone, żółte, pomarańczowe, czerwone i czerwonobrunatne. Jak kolorowa potrafi być Antarktyka!
Osiągamy cel – Demey Point – na granicy Zatoki Admiralicji i Cieśniny Bransfielda. Wspaniałe pejzaże! Strome skały o fantastycznych kształtach wyrastają wprost z wody, w szczelinach gnieżdżą się ptaki, a nad naszym obozem wznoszą się wysokie szczyty. Na małej, kamienistej plaży stoi przyczepa kempingowa, jest w niej kuchenka gazowa, śpiwory, kurtki puchowe, mnóstwo jedzenia, lekarstwa i sporo innych drobiazgów.
Odpoczywamy chwilę, zostawiamy sprzęt, który pomogliśmy przynieść tu Kaziowi i Przemkowi i ruszamy w drogę powrotną. Szybko i niespokojnie przechodzimy brzegiem zatoki, tuż pod czołem Lodowca Baranowskiego. Idziemy przy samej ścianie, z lewej strony mając dziesięć metrów pionowego lodu, z prawej fale przypływu, które miejscami dobijają już do lodowca. Przeskakujemy po kamieniach i bryłach paku lodowego, trudno uwierzyć własnym oczom, bo przed kilkoma godzinami, idąc tędy w przeciwnym kierunku mieliśmy do dyspozycji plażę szerokości kilkunastu metrów między brzegiem Zatoki i czołem lodowca, a teraz fale coraz częściej rozbijają się o ścianę lodu. Zdążyliśmy w ostatniej chwili!
Przed nami Lodowiec Ekologii, gubimy się szukając wejścia. Długo i mozolnie pniemy się kamienistym zboczem moreny, by stanąć w miejscu, z którego wprawdzie już widać znajomą ścieżkę, ale jedyna droga prowadziłaby przez kolonię petreli. Ptaki te są bardzo płochliwe, przestraszone mogłyby opuścić gniazda na tak długo, że po powrocie zastały by je splądrowane przez skuy. Mamy do wyboru: zaryzykować spłoszenie ptaków lub zejść na brzeg Zatoki i w innym miejscu wspiąć się na krawędź moreny. Wahamy się, jesteśmy już solidnie zmęczeni, może jednak uda się ostrożnie przejść przez kolonię petreli? Nie, nie będziemy ryzykować, wybieramy drogę okrężną, ptaki wygrały – przecież są u siebie.

22 grudnia

Święto Środka Lata. Brazylijczycy zapraszają nas na swoją stację polarną – Ferraz. Przypływają po nas Zodiakami – dużymi motorowymi pontonami. Błyskawicznie przecinamy Zatokę Admiralicji, zwalniamy dopiero po drugiej stronie, gdy na naszej drodze pojawia się rozległe pole paku lodowego. Płyniemy ostrożnie lawirując między bryłami lodu, bo niektóre są ostre jak brzytwa, więc mogłyby łatwo przeciąć gumową burtę pontonu.
Ferraz jest wyraźnie nowocześniejszy od Arctowskiego, lecz pozbawiony nastroju, pomieszczenia są niskie, a korytarze wąskie jak na statku. Zimą Brazylijczycy mają kłopot z wyjściem na zewnątrz, bo ich stacja ma niekorzystną lokalizację – jest osłonięta od wiatrów, co akurat w tym miejscu jest mankamentem, gdyż obfity śnieg padający zimą nie zostaje wydmuchany, więc zaspy szczelnie zasypują cały budynek.
Jem lody kokosowe, najlepsze lody na Antarktydzie…

23 grudnia

Przedświąteczne porządki na Arctowskim, myję okna, przewożę jakieś kontenery, przy okazji ucząc się prowadzić traktor. Ferwor sprzątania przerywają nam kolejni turyści, tym razem ze statku Illiria, otwieram dla nich sklepik.

24 grudnia

Pomagam w kuchni, zauważam, że wszystkie odpadki wyrzucane są przy tylnym wejściu, gdzie „dyżurują” wydrzyki i mewy dominikańskie. Niestety, prawie nikt nie przejmuje się zakazem dokarmiania ptaków, których nie wolno przecież przyzwyczajać do miejsca zdobywania pokarmu i oduczać samodzielności.
Około 18.00 siadamy do kolacji wigilijnej, nie czekamy na pierwszą gwiazdkę, bo nie zobaczylibyśmy jej przed lutym. Trwa dzień polarny, wprawdzie do bieguna jest stąd jeszcze bardzo daleko, ale teraz nawet w środku nocy jest wystarczająco jasno, by czytać.
O północy idziemy pod kapliczkę na symboliczną „Pasterkę”, śpiewamy kolędy, czytamy fragment Pisma Świętego.

25 grudnia

Zwalniam Marka – kucharza z obowiązku przygotowania świątecznego śniadania. Ufff! Nakarmienie trzydziestu osób nie jest łatwe.
Po śniadaniu płyniemy „słoniem morskim” na Ferraz’a po Brazylijczyków, tym razem zapraszamy ich do siebie, w drodze powrotnej prowadzę naszą łajbę. Zostają u nas do wieczora.
Znowu turyści, tym razem schodzą z pokładu Profesora Mołczanowa.

26 grudnia

Przylatuje śmigłowiec, dostaję pierwsze listy! Odlatuje nim część uczestników Piętnastej Wyprawy. Będę zatem już miał własny pokój w głównym budynku Stacji!

27 grudnia

Columbus Caravelle – 120 osób. Dyżuruję przy kolonii pingwinów, pilnuję aby turyści nie płoszyli ptaków i nie wchodzili w głąb kolonii. Niektórzy są niesforni jak dzieci – pogłaskać foczkę, przytulić pingwinka, zrobić sobie z nim zdjęcie… A wydrzyki tylko czekają, aby przestraszony pingwin zszedł z gniazda – wystarczy im kilka sekund na porwanie jajka. Stoję trzy godziny, zamarzam na kość.
Wieczorem przeprowadzam się do… Samolotu­ – tak ze względu na kształt nazywany jest główny budynek Arctowskiego. Wprost z przeciekającego baraku trafiam do jednego z najlepszych pokoi na Stacji, do tej pory należał zazwyczaj do szefów poszczególnych wypraw, ale Agata wybrała sobie inny. Za oknem widzę baraczek „meteo”, latarnię morską, zatokę, a w głębi skały i lodowce.

28 grudnia

Segreguję porosty, które Agata zebrała jeszcze na Ziemi Ognistej – przed wypłynięciem z Ushuaia.
Minął miesiąc od wyjazdu z Krakowa. Przytyłem prawie dwa kilogramy…

29 grudnia

Piękna, słoneczna pogoda, błękitne bezchmurne niebo. Ciepło: 4oC w cieniu i ponad 20oC w słońcu. Idę z Kaziem na Point Thomas i Jardin Peak, schodzimy do Włoskiej Dolinki. Na „pingiwnisku” rzadki gość – pingwin złotoczuby.
Mamy poważną awarię w hydroforni, a Agata ma pretensje, że nie może dokończyć prania…

31 grudnia

O północy strzelają korki szampanów i kolorowe race sygnalizacyjne. Zbyszek i Jasiu wskakują do wody, nasze polskie „morsy” mogą im tylko pozazdrościć, bo tu woda ma blisko dwa stopnie poniżej zera, a nie zamarza tylko dlatego, że jest bardzo słona.

1 stycznia

Wchodzę do jadalni i własnym uszom nie wierzę – wita mnie „Ballada o Nieznajomych”, której tekst mój tata napisał dla Zbyszka Wodeckiego. Chwilę później wpada mi w ręce stary „Przekrój” z artykułem Doroty Terakowskiej. Moja rodzina dociera aż tutaj…

3 stycznia

Wysoka fala na Zatoce Admiralicji poszerzyła nam plażę o dobrych kilka metrów gęsto zbitego paku lodowego.

7 stycznia

Dzwonię do domu. Słyszę kiepsko, tak wiele chcę usłyszeć, tak wiele powiedzieć, rozmowa jest chaotyczna, muszę się streszczać, następni już czekają na swoją kolej, głos zanika. Kwadrans mija niepostrzeżenie na bezradnym nawoływaniu w próżnię…

8 stycznia

Przytyłem prawie 3.5 kg!

9 stycznia

Młode pingwiny są już spore. Pisklęta pojawiły się również w gniazdach wydrzyków. Trafiam na dwie „ciekawostki” – moment wykluwania się oraz „trójkąt małżeński” – dwa wydrzyki wysiadujące w gniazdach odległych o mniej niż metr i czuwającego przy nich pojedynczego samca. Wydrzyki uznawane są za ptaki silnie terytorialne i monogamiczne, więc moja obserwacja sprawia wrażenie dość kuriozalnej.

10 stycznia

Znowu goście – Akademik Borys Pawłow – tym razem na szczęście naukowcy, więc nie trzeba ich pilnować.

11 stycznia

Śniło mi się, że dostałem dwa dni przepustki z Arctowskiego do Polski…

13 stycznia

Słychać pierwsze pretensje do Marka. Według mnie zupełnie niesłuszne, ale podobno to właśnie kucharz najczęściej pada ofiarą krytyk na wszystkich wyprawach. Marek jest najmłodszym polarnikiem w historii wszystkich polskich ekspedycji antarktycznych, ma 21 lat i może dlatego tak przeżywa każdą nieprzychylną uwagę. Mówię mu – nie przejmuj się – ten lubi to, tamten owo, a ów zupełnie coś innego, a wszyscy przychodzą i narzekają, że im nie dogadzasz i uczą jak zaspokajać właśnie ich gusta. Mówię – gotujesz świetnie, gotuj tak dalej i nie martw się, bo ktoś zawsze będzie niezadowolony. Mówię – Ty nie wtrącasz się Poldkowi do geofizyki, czy Wieśkowi do mechaniki, powiedz im, niech nie wtrącają się do Twojej kuchni, niech każdy robi swoje. Im tylko wydaje się, że wiedzą wszystko o gotowaniu. Oby tylko takie konflikty i problemy nas czekały…

14 stycznia

Wypływamy słoniem morskim na środek Zatoki Admiralicji, łowimy „materiał” – czyli głowonogi, rozgwiazdy, jeżowce, wężowidła. Pogoda jest fatalna, wieje silny wiatr, pada śnieg z deszczem, wysoka fala miota naszą „krypą”. Wtem, bardzo daleko – niemal na horyzoncie dostrzegamy na powierzchni wody czarne kreseczki, zbliżają się – już widać mgiełkę pary wodnej – wieloryby! Humbaki – dwa duże około piętnastometrowe i jeden znacznie mniejszy, są nami wyraźnie zainteresowane. Przez dwadzieścia minut trwa spektakl, który zapiera nam dech w piersiach. Wieloryby nieprzerwanie krążą wokół nas, widzimy ich sylwetki przesuwające się pod kutrem, widzimy je na sonarze. Od czasu do czasu wynurzają się i parskając głośno wypuszczają obłoczki pary, ich masywne grzbiety pokazują się nad powierzchnią wody, płyną obok nas jeden przy drugim, powoli i majestatycznie, by w końcu zanurzyć się, charakterystycznie zaczynając od głowy, poprzez cały grzbiet, aż po pionowo ustawioną, potężną płetwę ogonową. Zaspokoiwszy ciekawość humbaki nurkują na dłużej, by wypłynąć już kilkaset metrów dalej.

18 stycznia

Wędruję w górę potoków i zbieram glony. Dzisiaj niebo jest bezchmurne, świeci słońce, wieje lekki wiatr – sielanka. Wspaniałe widoki, lśnią lodowce – ten najbliższy – Lodowiec Ekologii i dalsze, na drugim brzegu Zatoki Admiralicji. Woda ma barwę ciemnoniebieską, a góry lodowe sprawiają wrażenie błękitnych. Na stromych zboczach gór leżą już tylko pojedyncze płaty śniegu, szybko topniejące w ostrym słońcu. Miniaturowe strumyczki spływają w dół tysiącami szczelinek, łącząc się stopniowo w coraz większe, wartkie potoki, tworzące własne przełomy i wodospady. Szczyty gór są skaliste, niedostępne, ostre, poszczerbione i bardzo kruche, strome stoki i dolinki wypełniają nagie kamienie. To właśnie zupełny brak roślinności jest najbardziej charakterystyczny dla wolnych od lodu przestrzeni w głębi Wyspy Króla Jerzego. Kolorowe plechy porostów tak częste bliżej brzegu zatoki, tutaj pojawiają się nielicznie. Na kruchych skałach i piargach zalegających zbocza gór i dna dolin nie występują żadne rośliny – jest martwo, pusto, surowo, dziko, nieomal księżycowo. Niebo, śnieg, skały i piargi, wąwozy, żleby, doliny zasypane kamieniami, słońce – niby niewiele, a jednak wcale nie jest nudno i monotonnie.

22 stycznia

Turyści. Dyżuruję na „pingwinisku”. Jeden z gości wpadł na pomysł by przelecieć „glajtem” nad kolonią pingwinów. Ptaki wyglądają jak gdyby ze strachu chciały nauczyć się fruwać…

23 stycznia

Jem śniadanie gdy zgłasza się Akademik Borys Pawłow, a zatem znów „pingwinisko” zamiast glonów. Z dnia na dzień kolonia cuchnie gorzej i hałasuje mocniej. Wszystkie pingwiny są upaprane brunatno – rdzawą śliską mazią, która pokrywa całą kolonie i zejście do morza, większość tej substancji stanowią rzecz jasna odchody. Biada temu, kto się przewróci. Najbrudniejsze są młode pingwiny, bo nie potrafią jeszcze pływać i w ogóle nie wchodzą do wody, więc nie mogą zmyć z siebie tego śmierdzącego błota, aliści najwyraźniej w ogóle im nie przeszkadza. Maluchy zrzucają właśnie ciemnopopielaty, pisklęcy puch, spod którego wyłania się typowe, biało – czarne upierzenie dorosłego pingwina. Zmiana upierzenia odbywa się nierównomiernie, kępki puchu najdłużej utrzymują się na plecach i głowie, nadając ptakom komiczny wygląd.

31 stycznia

Zbieram glony. Po obiedzie „rozmówki” – tym razem słyszalność jest wyjątkowo dobra. Agata długo debatuje przez radio z profesorem Rakusą – Suszczewskim, nie chce jednak zdradzić szczegółów. Mówi tylko, że musi podjąć bardzo trudną decyzję. Gubimy się w domysłach.

1 lutego

World Discoverer. Miła niespodzianka, po wizycie na Stacji zapraszają nas na pokład. Zostaję jednak na Arctowskim, bo ktoś czuwać musi, by odpoczywać mógł ktoś. Popłynę następnym razem.

2 lutego

Zbieram glony. Przytyłem blisko siedem kilogramów!

4 lutego

Huragan! Chwile niemal absolutnej ciszy przerywane są gwałtownymi podmuchami, przekraczającymi prędkość 50 m/s czyli 200 km/godz. A pogoda jest piękna – świeci słońce, na niebie czysty błękit, wychodzę – trudno utrzymać się na nogach, drobne kamyki niesione wiatrem boleśnie uderzają w twarz, zakładam gogle by chronić oczy. Fotografuję wodospad, który zamiast – zgodnie z siłą grawitacji – spadać w dół, jest rozpylany we wszystkich możliwych kierunkach. Kilka razy wiatr dosłownie unosi mnie w powietrze, pół biedy gdy wieje równomiernie, bo wtedy można „oprzeć się” na poduszce powietrza i powoli iść krok za krokiem. Znacznie gorsze są chwile ciszy i nagłe porywy, które zwalają z nóg. Dobrze, że przynajmniej podmuchy są widoczne z daleka (zwiastują je przesuwające się z olbrzymią prędkością chmury pyłu wodnego i piachu), bo można się przygotować na uderzenie.
Wiatr przewraca drewniany barak naszej stacji pomp, niszcząc przy okazji całą aparaturę, działa tylko układ awaryjny, będzie trzeba bardzo oszczędzać wodę. Zamykamy okiennice w Samolocie, aby kamienie niesione z wiatrem nie wybiły szyb. Cały budynek Stacji drży przy każdym silniejszym podmuchu, w środku dosłownie widać jak ściany wyginają się do wewnątrz pod wpływem wiatru. Nic to, Arctowski przetrwał już niejedną taką nawałnicę.

5 lutego

Rysuję plan występowania pewnej polskiej trawy na… terenie naszej Stacji. To Poa annua, która została tu przypadkowo zawleczona, przypuszczalnie z ziemią do naszej – nieczynnej już – szklarni i w sobie tylko wiadomy sposób wymknęła się na zewnątrz. Pojedyncze okazy zostały stwierdzone przy Arctowskim już 1984 r., od tego czasu jest obserwowana rokrocznie, jak powoli, lecz konsekwentnie powiększa zasięg występowania. Znajduję kilkadziesiąt niewielkich, bardzo niskich, zwartych, mocnych i silnie ukorzenionych kępek. Strach pomyśleć co by było gdyby zamiast trawki zawleczone tu zostały na przykład wirusy groźne dla pingwinów.
Przy okazji wewnątrz nieczynnej szklarni znajduję kilka kwitnących jaskrów!

9 lutego

Pachnie polarną jesienią… Pingwiny Adeli znikają bardzo szybko, teren ich ogromnej kolonii jest już niemal zupełnie opustoszały, kręcą się tam tylko niewielkie grupki młodych, tych, które wykluły się z jajek ostatnie. Obszar „pingwiniska” wygląda jak potężne pobojowisko, całe pokryte wysychającym, lecz wciąż cuchnącym, czerwono – brązowym błotem. Co kilka kroków widać martwe pingwiny w różnym stadium rozkładu. „Adelki” wrócą tu na wiosnę – czyli w październiku, natomiast pingwiny białobrewe zostaną z nami aż do zamarznięcia Zatoki.

12 lutego

Agata informuje nas, że dostała polecenie zredukowania składu wyprawy do dziesięciu osób, bo brakuje pieniędzy na przezimowanie całej naszej grupy. Nie zgodziła się na samodzielne podjęcie decyzji, poprosiła o przysłanie z Instytutu Ekologii listy „wycofanych” uczestników. Czekamy.

13 lutego

Zupełnie niespodziewanie zgłasza się rosyjski tankowiec z paliwem dla Stacji. Pogoda psuje się gwałtownie, wieje mocny wiatr, sypie śnieg, morze jest wzburzone, w tych warunkach nie uda nam się przyjąć paliwa.

14 lutego

Trwa akcja „Paliwo”, zaczynamy o 6.00, kończymy o północy, pech chciał, że akurat wczoraj miałem dyżur „gospodarczy” więc nie śpię w ogóle przez półtorej doby. Nie narzekam, wszyscy pracują ciężko, najważniejsze, że przyjęliśmy paliwo na następne trzy lata.

15 lutego

Otrzymujemy wiadomość z Instytutu Ekologii, znajduję się na liście pięciu osób wyznaczonych do wcześniejszego powrotu. Mamy odlecieć stąd już za kilka dni, razem z drugą grupą „Piętnastki”.

18 lutego

Wieje potężnie, więc dzisiaj śmigłowiec nas stąd nie weźmie. Siedzimy „na walizkach”. Wieczorem Brazylijczycy z Barrao de Tefe proponują, że zabiorą nas na Marsh’a, jeżeli przypłyniemy słoniem morskim na Ferraz’a, gdzie cumują. Nawet mowy o tym nie ma, fala jest zbyt wysoka dla naszego kutra. Ustalamy, że Barrao wypływając z Zatoki, zatrzyma się możliwie blisko Arctowskiego, a my spróbujemy przedostać się na pokład statku naszym Zodiakiem. Próbujemy bezskutecznie, fale wyrzucają ponton na brzeg, silnik zalewany wodą gaśnie co chwila, ubrany w Helly Hansena brodzę po pachy w morzu by utrzymać Zodiaka w bezpiecznej odległości od kamieni na plaży. Poddajemy się, żywioł jest silniejszy od nas.

19 lutego

Czekamy na poprawę pogody.

20 lutego

Przy Stacji lądują dwa helikoptery brazylijskie. Żegnamy się pośpiesznie i startujemy. Arctowski szybko znika mi z oczu. Zjadamy obiad na Barrao de Tefe, potem Zodiakiem płyniemy na Marsh’a i wchodzimy na pokład Herculesa. Samolot jest załadowany po sam sufit, siadamy na szczycie sterty pakunków, nastrój jak w autobusie wiozącym dzieci na kolonię. Chilijczycy grają, śpiewają, przytupują i tylko brak miejsca powstrzymuje ich od tańczenia. Startujemy z hukiem, Wyspa Króla Jerzego zostaje za nami, dopiero teraz dociera do mnie jak szybko i nieoczekiwanie skończyła się moja przygoda z Antarktydą…

 

(autor tekstu: Jakub Terakowski, źródło: Globtroter)

Antarktyda oczami turysty

Antarktyda oczami turysty

Turystyczny rejs na Półwysep Antarktyczny

Nawet największa podróż musi się zacząć od pierwszego kroku. Dla mnie było nim wejście na schodki prowadzące do samolotu stojącego na lotnisku w Katowicach-Pyrzowicach. Wsiadaliśmy podczas zadymki, zimny wiatr ze śniegiem wciskał się pod ubrania. Nie wiadomo, czemu na nowych, bo przecież nie nowoczesnych polskich lotniskach nie instaluje się rękawów i w dodatku, nie pozwalając przespacerować się do samolotów, zmusza się ludzi do dodatkowego czekania i surrealistycznych podróży autobusami lotniskowymi na odległość kilkudziesięciu metrów. Ale wtedy nie myślałem o naszych nonsensach, ale o tym, że mamy wprost z polskiej zimy trafić do antarktycznego lata. Tamtejsze lato miało być jednak bardzo podobne do naszej zimy, przynajmniej jeśli chodzi o temperaturę. Wcześniej mieliśmy się zetknąć z upalnym i zawsze pięknym Buenos.Większość antarktycznych rejsów zaczyna się w Ushuaia – najdalej na południe wysuniętym mieście świata. Mieście, ale nie miejscowości. Jeszcze dalej na południe znajduje się bowiem chilijska osada Puerto Williams, usytuowana na południowych brzegach kanału Beagle. Puerto Williams jest widoczne z brzegu argentyńskiego, organizowane są tam bardzo drogie wycieczki z Ushuaia, można też dolecieć regularnym lotem z Punta Arenas. W Puerto Williams mieszka ostatnia Indianka xxx, sześćdziesięciolenia xxx. Miałem wielką pokusę, aby pojechać do niej, ale cóż mógłbym powiedzieć? Przeprosić w imieniu białych za zagładę jej narodu?Nie ma sposobu, aby tanio dostać się na Antarktydę, chyba że postaramy się o pracę w jednej z baz. Nie jestem jednak naukowcem, poza tym mimo całej romantycznej otoczki nie bardzo miałbym ochotę spędzać kilku miesięcy w klaustrofobicznej bazie, w towarzystwie kilku osób. Oprócz bardzo drogich i często anulowanych komercyjnych lotów jedynym logicznym rozwiązaniem wydaje się rejs. Znam przypadki osób, które przyjeżdżały do Ushuaia i czekały na cenę last minute. Ponoć czasem to się udaje, szczególnie na początku sezonu antarktycznego, czyli na przełomie października i listopada. Ale chyba jednak nie ma sensu kilkutygodniowe czekanie i niepewność, to przecież też są koszty. Gdy byliśmy w lutym, nie było żadnych last minutes ani w ogóle miejsc na rejsy. Ostatnie miejsca na naszym statku „Clipper Adventurer” zostały wykupione na wiele miesięcy przed rejsem. Statek ten cieszy się zresztą najlepszą opinią, co miało się wkrótce potwierdzić.Nasz statek zabierał nieco ponad stu pasażerów, wszyscy wchodzili na pokład trochę podekscytowani, od początku połączyła nas jakaś wspólnota; tak, czuliśmy się wybrani, a nawet lepsi od innych. To my staniemy stopą na siódmym kontynencie, takich zaś nie ma wielu! Nie są to ci, których zostawiamy na nabrzeżu Ushuaia, odprowadzający nas zazdrosnym wzrokiem.

Na pokładzie tworzymy mozaikę narodowościową i wiekową. Za kilka dni okaże się, że wielu z nas się zaprzyjaźni, będziemy wesoło spędzać czas i prowadzić ciekawe rozmowy. Są tu przedstawiciele aż dwudziestu narodowości: Amerykanie, Kanadyjczycy, spora grupa Francuzów, jest nawet jeden Malgasz, a także Malaj i szczuplutka samotna Japonka, z którą przez cały rejs nikomu nie udało się zamienić zdania. Biedna Miyo, nie znała ani słowa po angielsku i przez jedenaście dni uśmiechałą się przepraszająco, próbując zgadywać, co w danej chwili dzieje się na pokładzie. Pod koniec rejsu mówiła już „My name is Miyo” – był to jej wielki i jedyny sukces. Trójka serbskich Bośniaków i my byliśmy jedynymi osobami z Europy Wschodniej. Dla jednej pół-Turczynki, pół-Angielki było to już drugie podejście – kilka tygodni wcześniej jej statek miał awarię i dryfował przez trzy doby, zanim ewakuowali pasażerów. W ogóle miniony sezon był podobno pechowy, bo jeden ze statków zatonął po zderzeniu z górą lodową, wszyscy jednak pasażerowie zdążyli bezpiecznie ewakuować się do szalup i zostali uratowani przez inny wycieczkowiec. Być może dlatego już po dwóch godzinach rejsu ogłoszono próbny alarm szalupowy i uczono nas dokładnie procedur.

Zdawałem sobie sprawę, jak wygodny i cieplarniany jest nasz rejs w porównaniu z ekspedycjami „Belgiki”, „Discovery” czy nawet współczesnych jachtów, które zapuszczają się na wody Cieśniny Drake’a. Niemniej jednak wszyscy czekali na wypłynięcie z kanału Beagle z małymi emocjami. Ostrzegano nas przez głośniki, aby umocować wszystkie rzeczy w kabinach, by zawsze trzymać się uchwytów, a nie łapać się za futryny, bo wtedy dłonie mogą zostać przygniecione przez drzwi. Doktor pokładowy krążył między nami niczym sęp i miałem wrażenie, że już zacierał ręce przed czekającą go pracą. Jak potem dowiedzieliśmy się, podczas poprzedniego rejsu trzy osoby zostały poważnie ranne, a przecież ewakuacja ze statku na ląd w sztormowych warunkach jest niemożliwa. W razie wypadku ewakuacja jest oczywiście ekstremalnie droga, nawet jeśli czasem możliwa, i to tylko dla tych, którzy wykupili specjalne, drogie ubezpieczenie.

Cieśnina Drake’a to niemal tysiąc kilometrów otwartego oceanu, słynne z tzw. ryczących pięćdziesiątek: co kilka dni przechodzą tamtędy wielkie sztormy gnane zachodnimi wiatrami. W drodze powrotnej trafiliśmy na bardzo nietypową pogodę i rzadko tu wiejący wiatr północno-wschodni o sile ośmiu stopni w skali Beauforta. Gdy płynęliśmy na Antarktydę miał zaledwie sześć stopni.

Każdy na swój sposób przygotowywał się do kołysania. Niektórzy mało jedli, inni brali mnóstwo tabletek. Ja i kilku moich towarzyszy podróży zastosowaliśmy odmienną metodę: żadnych tabletek, normalne, w miarę obfite jedzenie, z dobrym winem i od czasu do czasu ze szklanką whisky. Okazało się, że wszyscy czuliśmy się dość dobrze i jedliśmy posiłki nawet podczas największego kołysania, choć oczywiście nawiedzało nas lekkie „przymulenie” i dziwny brak poczucia upływającego czasu. A propos jedzenia – chyba nigdy wcześniej nie próbowałem tylu wspaniałych potraw, rozpieszczano nas takimi przysmakami, jakich wcześniej nie znałem. Filipińska załoga i biały gruby kucharz zbierali do końca rejsu gratulacje od wszystkich. „Nigdy nie ufajcie chudemu kucharzowi” – mówił.

Przeprawa przez cieśninę trwa około 48 godzin, nie odczuwałem jednak niczego w rodzaju nudy czy znużenia. Ekspedycję prowadził zespół entuzjastycznie nastawionych do niej ludzi, wśród których byli glacjolog, ornitolog, historyk wypraw polarnych, a nawet pokładowa artystka… Umilali nam czas wykładami i rozmowami. Zgodnie z moim trudnym charakterem chciałbym przyczepić się do czegokolwiek, jeśli chodzi o sam rejs, ale wierzcie mi – nie potrafię.

Chociaż robiło się coraz zimniej, spędzałem dużo czasu na pokładzie, obserwując pojawiające się albatrosy wędrowne i petrele olbrzymie. Podczas jednej nocy niebo było tak gwiaździste, jak czasem bywa tylko na pustyni. Niemal wszędzie można było chodzić, bo na statku obowiązywała polityka otwartych drzwi. Zaglądaliśmy nawet bez skrępowania na mostek do kapitana, nie zamykaliśmy też naszych kabin. Później, po wielu pięknych dniach zżyliśmy się ze statkiem, był naprawdę dla nas piękny. Pierwszy raz ja, zatwardziały szczur lądowy, poczułem coś w rodzaju uczucia do statku. Po rejsie opuszczałem go z prawdziwym żalem. Zrozumiałem wtedy Brytyjczyków, którzy mówią o statkach jak o kobietach, nazywając je zawsze „ona” – she.

W końcu nadeszła wielka chwila i nagle, niemal bez ostrzeżenia wyłoniła się pierwsza antarktyczna wyspa – Smith Island, należąca do Szetlandów Południowych. Dopiero następnego dnia mieliśmy dopłynąć do Półwyspu Antarktycznego, dla nas dopiero prawdziwej Antarktydy. Wtedy zaczęło się pięć pięknych dni, podczas których zorganizowano nam dziesięć lądowań. Ubrani w specjalne kurtki, długie gumowe buty i wodoszczelne spodnie, wsiadaliśmy w kilkuosobowych grupach do specjalnych pontonów, tzw. zodiaków. Tak się złożyło, że pierwszym fragmentem lądu, do którego dopłynęliśmy, był Półwysep Arctowskiego, co sprawiło naszej polskiej grupie sporo radości. Właśnie w te rejony dotarł na statku „Belgica” nasz jedyny słynny polarnik. Sfotografowałem swój pierwszy krok na siódmym, dla mnie ostatnim kontynencie. Przypomniałem sobie czasy, gdy jeszcze za komuny marzyłem o podróżach i obawiałem się, że całe życie przeżyję uzależniony od tępych reżimowych aparatczyków, którzy łaskawie zezwolą mi wyjechać albo i nie. Wtedy nie przypuszczałem, że świat się otworzy i tak z tego skorzystam.

Każde zejście na ląd było ciekawe, jedno niepodobne do drugiego. Doświadczyliśmy zacinającego deszczu ze śniegiem, ale też pięknej, słonecznej i bezwietrznej pogody. Widzieliśmy mnóstwo zwierząt i spotykaliśmy się z ludźmi na antarktycznych stacjach brytyjskiej, chilijskiej, argentyńskiej i ukraińskiej.

Teraz, po miesiącu, Antarktyda jest dla mnie pasmem zlewających się, pięknych wspomnień. Zupełnie jakby człowiek się znalazł na planie filmu przyrodniczego. Sam nie wiem, co w tym wszystkim było najistotniejsze. Wydaje mi się, że fakt przebywania w pięknym, zimnym, lodowym świecie, który jednak jest pełen życia i został najmniej zmieniony przez człowieka.

Bez znudzenia można było obserwować pingwiny, głównie białobrewe, choć widzieliśmy też trzy inne gatunki. Odchodziłem w miejsce, gdzie nie było innych ludzi, siadałem na kamieniu i niemal sam czułem się jednym z pingwinów. Te ciekawskie ptaki podchodziły do mnie, czasem nawet któryś mnie lekko dziobnął. Nie mają one naturalnych wrogów lądowych, dlatego zupełnie się nas nie boją. Zachowała się relacja kronikarza wyprawy Magellana opisująca, jak zdziwieni marynarze, przepływając obok Ziemi Ognistej, złapali i zabili gołymi rękami kilka tysięcy pingwinów i w ten sposób uzupełnili zapasy mięsa. Podobnie żywili się później wielorybnicy. Gdy spytałem, szefów wyprawy, czy mamy szanse na grillowanego pingwina, ci nastawieni bardzo proekoloicznie ludzie nie złapali żartu. My byliśmy w okresie, gdy młode, tegoroczne pingwiny były już duże, tłuste i zmieniały upierzenie. Wciąż jednak goniły swych rodziców, by te je karmiły przechowywanym w żołądkach krylem. Młode było częstokroć większe od matki, która musiała chronić się na skałkach lub w wodzie. To był okres, kiedy rodzice „mówili” swym dzieciom: „Już nie chcemy was karmić, też potrzebujemy pożywienia, musicie nauczyć się pływać, łapać kryla”. Najczęściej jednak rodzice ulegali i pozwalali wyciągać pokarm. Wszystko to było bardzo komiczne. Ale życie pingwinów nie jest łatwe. W pobliżu są drapieżne wydrzyki, potężne i paskudne ptaki, które czają się na młode lub czekają na chwilę nieuwagi rodziców. Podobnie jak pracownicy stacji naukowych, tak i my znienawidziliśmy wydrzyki. Raz nawet zaingerowałem w naturę: gdy nikt mnie nie widział, odpędziłem wydrzyka, który wyraźnie czaił się na małego śmiesznego pingwinka, nawet miałem ochotę go kopnąć.

Karmienie młodych przez rodziców też czasem nie jest łatwe. Białe pochwodzioby potrafiły błyskawicznym ruchem wyrwać pingwinom kryla podczas krótkiego momentu przekazywania go z dzioba do dzioba. Pingwiny gniazdowały czasem niemal na stacjach naukowych, bo na Antarktydzie jest bardzo mało wolnych od lodu i śniegu miejsc, czyli w tutejszym nazewnictwie – oaz. Widzieliśmy w takiej oazie dwie pingwinie pary, którym coś poprzestawiało się w zegarze biologicznym. Jeden partner ogrzewał bardzo młode pisklęta, drugi z zapałem nosił do gniazda kamyczki i zdobywał pokarm. Jedna para miała dwójkę nieco podrośniętych piskląt, druga jedno dopiero wyklute oraz jajo. Te małe pingwiniątka walczące zachłannie o pokarm i życie były już skazane na zagładę. Nie zdążą wyrosnąć i się opierzyć. Wydrzyki ze swymi ostrymi dziobami już patrzyły na nie z daleka…

Wody antarktyczne są pełne życia, nie ma tu wielu gatunków, za to liczba zwierząt jest imponująca. Od czasu do czasu podawano informację, że pojawia się wieloryb. Wtedy wszyscy wybiegali na pokład, a kapitan manewrował statkiem wśród lodów, tak aby maksymalnie zbliżyć się do potężnego ssaka. Czasem się to udawało i zaczynał się swoisty konkurs, komu uda się sfotografować płetwę ogonową nad wodą. Niestety, w tej konkurencji przegrywałem. Duże wrażenie zrobiła na nas pogoń za wielorybem naszym małym zodiakiem. Oczywiście bardzo fotogeniczne były fokowate, szczególnie słonie morskie. Emocji dostarczył nam potężny lampart morski, który niemal zaatakował ponton i nawet go ugryzł.

Każda z odwiedzanych baz była inna. W angielskiej bazie-muzeum na wyspie Argentine leżały przedmioty sprzed kilkudziesięciu lat, jak gdyby ktoś tylko na chwilę wyszedł z domu. Otwarta gazeta, okulary przeciwśnieżne leżące na stole, okopcony czajnik, stare konserwy. Dla nas szcczególnie przyjemne były odwiedziny na ukraińskiej stacji Verdanski, zresztą w najdalej na południe wysuniętym punkcie naszej trasy, poniżej 65 stopnia szerokości geograficznej południowej. Młodzi ukraińscy naukowcy oprowadzili nas po całej stacji, włącznie ze swoimi sypialniami i łazienką. Była tam nawet osobna toaleta dla kobiet, choć po naszym odpłynięciu najbliższa kobieta była setki kilometrów stąd w bazie chilijskiej. Ukraińcy zbudowali prawdziwy drewniany bar i za drobną opłatą serwowali produkowany przez siebie doskonały bimber. Widzieliśmy ich sprzęt badawczy, gabinet lekarza, ikony z Matką Boską i plakaty z gołymi panienkami na ścianach. Nic dziwnego; dwunastu facetów miało tu zostać cały rok, pogrążyć się na miesiące w ciemnej nocy antarktycznej. Następnych ludzi prawdopodobnie zobaczą za dziewięć miesięcy, gdy trafi tutaj inny statek. Pomyślałem jednak, że pomimo chłopięcych marzeń o przezimowaniu na Antarktydzie dobrze jest wrócić na swoją łajbę i skierować się na północ, zanim zamkną się tu lody.
(tekst: Jacek Torbicz, źródło: Globtroter)