Polska Stacja Antarktyczna

Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego

Antarktyda – kontynent pobudzający wyobraźnię. Kojarzy się z olbrzymim wysiłkiem człowieka w bezkresnej lodowej pustyni, wśród wichrów i mrozów, na granicy ludzkich możliwości. Wywołuje w pamięci: tragedię Scotta, który zginął wraz z towarzyszami w drodze powrotnej, po zdobyciu bieguna południowego, wspaniałe zwycięstwo Amundsena i piękną postać Shackletona – mistrza od rozwiązywania nieprawdopodobnie złożonych sytuacji.

Minął już czas romantycznych podróży, rozpoczęła się era poznawania i badania zasobów tego trudno dostępnego kontynentu. Coraz częściej myśli się o wykorzystywaniu naturalnych bogactw w morzach i na kontynencie. Zupełnie nową dziedziną jest szybko rozwijająca się turystyka. Jednocześnie pojawiła się troska o zachowanie przyrody Antarktydy. Są to jednak interesy sprzeczne z sobą i uratowanie tego lodowego pejzażu zależy od międzynarodowych gremiów.

Polacy od dawna włączali się do międzynarodowych przedsięwzięć naukowych i tych związanych z ochroną środowiska. Badaniami nad Antarktydą od ponad trzydziestu lat zajmuje się nasza stacja badawcza, położona na wyspie Króla Jerzego w Archipelagu Szetlandów Południowych. Stacja ta powstała i rozpoczęła pracę w 1977 r., a jej nazwa pochodzi od Henryka Arctowskiego, propagatora idei prowadzenia przez Polskę badań polarnych.

Brałem udział w budowie stacji oraz w jej projektowaniu. Doskonale pamiętam, jak na schodach Instytutu Biologii Doświadczalnej spotkałem profesora Stanisława Rakusę Suszczewskiego (wtedy jeszcze docenta). Zaproponował mi on udział w sześcioosobowej grupie przygotowującej wyprawę i to był początek moich kontaktów ze stacją. Nastały dni intensywnych przygotowań. Mieliśmy pół roku. Nasze zamierzenia były zaskakujące. Miało w niej przez cały rok pracować dwudziestu naukowców, w warunkach umożliwiających normalną pracę kilku różnym laboratoriom.

Wszystko przy silnych i zmiennych wiatrach. W ciągu dwóch miesięcy musieliśmy wybudować całą stację, budynek mieszkalny z kuchnią i stołówką, laboratoria, elektrownię, hangar na ciężki sprzęt… W warunkach krajowych obiektu takiego nie wybudowano by w rok. Musieliśmy również rozwiązać sprawę sanitariatów, doprowadzenia wody, zbudować sieć energetyczną. Wieźliśmy 2500 beczek paliwa, które miało starczyć na cały rok pracy stacji. Domy i laboratoria ogrzewane były od początku energią elektryczną, ale dzięki agregatom prądotwórczym mieliśmy również sprawną łączność radiową, a nasze pomiarowe urządzenia rejestrujące mogły pracować w bez przerwy.

Były to czasy bardzo trudne, brakowało większości towarów i nawet pismo polecające od premiera niewiele znaczyło, a sprzęt musieliśmy mieć najwyższej klasy sprawdzony w ekstremalnych warunkach. Zdobycie dobrych i solidnie zapakowanych produktów żywnościowych było wielkim problemem. Pełni entuzjazmu załatwialiśmy na szczęście wszystko i jesienią mogliśmy wyruszyć.

Popłynęliśmy dwoma statkami: towarowym Zabrze, na którym wieźliśmy większość ładunków, i statkiem przetwórnią, Dalmor, który wiózł ludzi i spełniał rolę hotelu w czasie budowy stacji.

Wiele prac przy wyładunku i budowie stacji wykonywali specjaliści wojskowi, zatrudnieni przez Polską Akademię Nauk. Uczyłem się od nich obsługi ciężkiego sprzętu. Początkowo tempo wyładunku prześcigało nasze marzenia; uważaliśmy, że planując wyprawę, przeceniliśmy trudności operacji „lądowanie”. Zaczęło wiać, co uniemożliwiło dalszy wyładunek. Sprzęt musieliśmy zabezpieczyć. To, co było na wodzie, uległo zniszczeniu. Ta pierwsza sztormowa noc była trudna.

Razem z kilkoma kolegami zostałem na brzegu. Po zabezpieczeniu sprzętu ruszyliśmy w teren, by poznać otoczenie stacji. Uniemożliwiający pracę wiatr wiał kilka dni. Chodziliśmy po sąsiadujących ze stacją lodowcach, wspinaliśmy się na nunataki, spotkaliśmy ślady po wyprawach z początku XX w. Spędzaliśmy godziny w koloniach pingwinów, uchatek i haremach słoni morskich.

W wolnych chwilach łapaliśmy ryby, chodziliśmy na wycieczki i pływaliśmy na motorowych łodziach po fiordzie. Przyrodą interesowali się nie tylko pracownicy naukowi, ale także pracownicy budowlani stacji.

W czasie rejsu prowadziłem analizę wody morskiej i temperatury warstw powierzchniowych od Zatoki Biskajskiej do stacji. Badania te były szczególnie interesujące przy przekraczaniu tak zwanej strefy antarktycznej konwergencji. Otrzymywałem dane już znane, ale skok natlenienia i temperatury wody, na tej fizycznej granicy, był dla mnie zaskakujący i uzasadniał różnice biologiczne po obu jej stronach. Wpadłem na pomysł wykorzystania moich przyrządów do pomiaru zużycia tlenu przez ryby. Biologom ten pomysł wydawał się za prosty, ale moje wyniki okazały się zbliżone do tych uzyskiwanych w laboratoriach.

Ryby łowiłem rano z łodzi, na wędkę i koledzy kibicujący mi w eksperymencie zastanawiali się, co ja później z tymi doświadczalnymi rybami zrobię: czy wypuszczę do zatoki, czy usmażę?

Wyruszyliśmy w końcu grudnia. W styczniu zobaczyliśmy fiord Admiralicji i tren naszego działania, a już 26 lutego 1977 r. otwieraliśmy oficjalnie stację. Węzłowe jej obiekty zaczęły pracować. Pracowała też stacja meteorologiczna, przesyłano dane do światowych central i na łowiące w sąsiedztwie polskie statki rybackie. Zorganizowaliśmy uroczystość.: oficjalne wciągnięcie flagi na maszt, zbiorowe zdjęcie w eleganckich strojach. Profesor Stanisław Rakusa Suszczewski – wygłosił przemówienie. Występowali również koledzy odpowiedzialni za poszczególne zespoły budowy. Do dziś w Zakładzie Biologii Antarktyki PAN w Warszawie, spotykamy się w każdą rocznicę tego wydarzenia. Na naszej stacji przez trzydzieści lat pracowało kilkaset osób. Kilkadziesiąt z nich związanych jest z tym miejscem do dziś.

Popłynęliśmy odwiedzić sąsiednie stacje. Ostatnią była Radziecka Belinghausen, położona na południowym krańcu wyspy. Spotkałem tam kolegów z poprzedniej wyprawy na Antarktydę, doszukaliśmy się też wspólnych znajomych ze Spitsbergenu. Planowaliśmy przejście piechotą do naszej stacji. Poznanie drogi do sąsiadów wydawało się konieczne ze względu na bezpieczeństwo. Dobrze wiedzieć, że taka możliwość istnieje. Kolegom z Belinghausena nasze przedsięwzięcie wydawało się za trudne. Mój przyjaciel powiedział: „Riczard, ty oChujeł!”. Dowieźli nas jednak wiezdiechodem na lodowiec. Szliśmy we trzech. Szef zimowania, dr Józef Jersak (przede wszystkim on miał tę drogę poznać), znany alpinista – Ryszard Szafirski i ja. Prawie od razu na lodowcu związaliśmy się asekuracyjną liną. Stale przecinaliśmy obszary szczelin, a szliśmy otoczeni białą mgłą. Było jasno, a niczego wokół nas nie widzieliśmy, prócz siebie nawzajem. Biała mgła jak z wielu książek, a jednak nie do opisania. Zjawisko wydaje się niezrozumiałe i sprawia wiele kłopotów. Zwykle na lodowcu, dzięki doświadczeniu, zawsze mnie coś ostrzegało przed szczelinami, a tu po prostu wpadałem po pas. Podpierałem się na łokciach i gdy już czułem asekurację, zaczynałem ostrożnie się wydrapywać. Przy pierwszym spojrzeniu w dół ogarnął mnie strach.- szczelina rozszerzała się w głąb, a z nierówności ścian sterczały w moim kierunku olbrzymie lodowe sople. Rysiek proponował mi zmianę na prowadzeniu, postanowiłem jednak się przełamać. Ostatni z nas miał busolę i kierował nami za pomocą głosu. Taki system zdał egzamin, bo gdy wieczorem opadła mgła, zobaczyliśmy nunatak Florence, który tego dnia był naszym celem. Wieczór zrobił się bardzo pogodny. Dostrzegliśmy głęboko wcinającą się w ląd zatokę morską Potter i baraki chilijskiej stacji, o której wiedzieliśmy, że nie jest tego lata wykorzystywana. Pomyśleliśmy, że wygodniej będzie nam spać w baraczkach niż rozstawić namiot. Część wyposażenia zostawiliśmy i poszliśmy tylko ze śpiworami i jedzeniem.

Gdy zbliżyliśmy się na odległość około 100 m do stacji ze zdziwieniem zobaczyliśmy biegnącego człowieka. Koledzy chcieli do niego zawołać, ale ja, będąc już raz w takiej sytuacji wiedziałem, że to nagłe pojawienie się innych ludzi w takim miejscu, może wywołać w nim szok. Powoli do biegnącego docierała świadomość naszej obecności. Wreszcie spojrzał w naszą stronę i nieśmiało odpowiedział „Hello”. Okazało się, że na stacji przebywa dwunastu żołnierzy remontujących ją. Radość była wielka z obu stron. Piliśmy świetne chilijskie wino, przegryzając naszą czekoladą. Późno poszliśmy spać, a nazajutrz czekała nas długa droga.

Następnego dnia wspaniale słonce grzało nadal, iskrzyło w kryształkach lodu, ukazując najmniejsze załamania na powierzchni lodowca. Weszliśmy jeszcze na nunatak Tauer, przeszliśmy koło Sfinksa.

Wróciliśmy w dobrej formie. Koledzy pytali o wrażenia i trudności. Pochwaliliśmy się, że byliśmy na chilijskiej stacji i tu opowiedziałem o tym, że działa tam kobieca wyprawa i bardzo dobrze przez panie zostaliśmy przyjęci, a mnie zainteresowała śliczna czarna dziewczyna o imieniu Mercedes. Jeszcze po miesiącu koledzy pytali: „Rysiek, naprawdę tam były baby”?

Zrobiliśmy wszystko, co było konieczne do pracy stacji. Nastąpiło pożegnanie. Odpłynęliśmy pozostawiając dwudziestu zimowników.

Spełniło się marzenie Henryka Arctowskiego, stacja i jej pracownicy współpracują z wieloma ośrodkami badawczymi, uczestniczą, a nawet prowadzą, międzynarodowe programy badawcze. Lista publikacji i nazwisk jest ogromna. Bibliografię tworzą wyspecjalizowane pisma Zakładu Biologii Antarktydy i Instytutu Geofizyki PAN, które specjalizują się w badaniach biologicznych. Stacje: meteorologiczna, sejsmiczna i magnetyczna wchodzą w światową sieć tych służb. Istotną rolę odgrywają badania geologiczne, prowadzone są a głębokie sondowania sejsmiczne prowadzone w cieśninie Bransfielda. Trudno wyliczyć tematy prac biologicznych i ekologicznych. Zakład Biologii Antarktydy jest wiodącą instytucją dużego międzynarodowego programu badającego problemy kontaktu brzegu morskiego, lądu i morza na Antarktydzie.

Działalność stacji na Wyspie Króla Jerzego otworzyła nam drogę do współdecydowania o przyszłości Antarktydy. Polska jest sygnatariuszem Układu Antarktycznego. Dzięki naszej obecności na Antarktydzie i prowadzonym pracom spełniliśmy wszystkie warunki wymagane przez Układ i staliśmy się pełnoprawnym członkiem SCAR, organizacji decydującej o statusie Antarktydy. Jednym z głównych celów jest ochrona przyrody. Państwa należące do SCAR mają prawne podstawy do decydowania o jej losach.

Bardzo ważne są również aspekty pozanaukowe. W wyprawach polarnych jest wiele elementów wychowawczych. Załoga stacji pracuje pod polską flagą, co jest powodem do dumy, ale również zobowiązuje. Trudne warunki uczą sprawności organizacyjnej i fizycznej.

Antarktyda to jedno z ostatnich nieskażonych cywilizacją miejsc. Dla ludzi młodych, a często i starszych, jest to świetna szkoła życia. Ta szkoła nie ma nic wspólnego z modnymi teraz szkołami przeżycia, jeżeli występuje tu jakieś podobieństwo, to tylko w nazwie.

Trzydziesta pierwsza rocznica pracy Stacji Arctowski jest okazją do uświadomienia sobie roli naszych badań i naszych sukcesów. Nie wymieniłem tu nazwisk, ani tytułów prac naukowych, ale chciałbym, by czytelnicy sięgnęli do odpowiednich źródeł, zgodnych ze swoimi zainteresowaniami, a myślę, że każdy znajdzie coś wyjątkowego dla siebie.

(tekst: Ryszard Czajkowski, źródło: Globtroter)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>